Nie było innej opcji. Babeczki musiały pojawić się na blogu szybko i to w mojej najulubieńszej formie! Kto mnie zna, ten wie, jak wielką miłością pałam do babeczek z kremem (po angielsku: "Cupcakes"). Za każdym razem na nowo urzekają mnie i Bakesaurusa swoim wyglądem, wielkością, możliwością dekoracji, no i przede wszystkim, smakiem. Są idealną porcją na jeden raz. To tak, jakby dostać na deser (śniadanie, lub lunch, lub kolację, lub przekąskę, lub podwieczorek...) swoje własne, indywidualne ciasteczko! Z nikim nie trzeba się dzielić... no, chyba, że z Bakesaurusem. On musi spróbować wszystkiego, co i ja.

Smak tej babeczki tworzył się tak naprawdę przez dobrych parę lat. Pierwszy pojawił się krem. Uwielbiam białą czekoladę i mogłabym dodawać jej do każdego przepisu. Dlatego kiedy natrafiłam na przepis na krem maślany na bezie szwajcarskiej (swiss meringue buttercream) z różnymi opcjami smakowymi, naturalną rzeczą było dla mnie wybranie wersji z białą czekoladą. Nigdy nie zapomnę tego dnia, kiedy wyszedł mi krem (to było w czasach kiedy większość deserów była opatrzona komentarzem z mojej strony "Ja wiem, że nie wygląda, ale jest całkiem smaczne!"), wsadziłam w niego palca (ooo... a o wsadzaniu palca w krem to zrobię chyba oddzielny post), spróbowałam i zaniemówiłam.

Po raz pierwszy spróbowałam tarty z pekanami (po angielsku "Pecan Pie") w małym sandwich barze "Giovanni's" w Londynie, gdzie pracowałam przez 2 okresy wakacyjne. Po pierwsze, zadziwiły mnie pekany. Była to dla mnie totalna nowość, nigdy wcześniej o nich nie słyszałam, a że były to lata 2008-2009, sądziłam, że w Polsce raczej się ich nie dostanie. Druga rzecz, jaka była dla mnie zagwostką, była konsystencja ciasta. Lepiąca, ciężka, ale nie czuć było tam ani grama mąki. Próbowałam się dowiedzieć, co jest sekretnym składnikiem. I przy okazji na zapas kupiłam 4 opakowania pekanów...

Po jakimś czasie natrafiłam na przepis na Pecan Pie w jednej z książek kucharskich, które przywiozłam ze sobą z Anglii. Pilnie przestudiowałam składniki i natrafiłam na coś o pięknie brzmiącej nazwie "Golden Syrup". Zaczęłam czytać o tym magicznym składniku, że jest to tak naprawdę cukier w bardzo gęstej, lecz płynnej formie, że tak naprawdę można go zrobić samemu. Jednak, jako, że wtedy nie byłam na tyle doświadczona, żeby eksperymentować z podgrzewaniem kilograma cukru, postanowiłam takowy złoty syrop zamówić online.

Ale to była radość jak po paru dniach mała paczuszka wylądowała u moich stóp! W smaku złoty syrop przypomina mi watę cukrową, więc śmiało można nim polewać naleśniki, pancakes, racuchy czy inne pyszności. Mój brat jadł go łyżką...

Bakesaurus podpowiedział mi jednak, aby dziś przedstawić wam lekko podrasowaną formę Pecan Pie, z czekoladą i whisky, pochodzącą z przepisu jednej z moich ulubionych cukierni, nowojorskiej BAKED. Ale o nich napiszę więcej przy okazji słodko-słonego brownie... Warto na ten przepis czekać, oj, warto! Bakesaurusowi aż ślinka zaczęła lecieć!

(Przepis pochodzi z książki "Baked. New Frontiers in Baking" autorstwa właścicieli cukierni, Matta Lewisa i Renata Poliafito.)

Czekoladowa tarta z pekanami i whisky

6-8 porcji

(blacha do tarty 24-26cm)

Składniki:

Kruchy spód:

1,5 szklanki (ok. 250g) mąki

1/2 łyżki cukru

1/2 łyżeczki soli

1 szklanka (225g) zimnego masła

3/4 szklanki (180ml) bardzo zimnej wody

Nadzienie:

200-250g pekanów

3 duże jajka

3/4 szkl. złotego syropu lub syropu kukurydzianego*

3 łyżki cukru

4 łyżki brązowego cukru

3 łyżki roztopionego masła

szczypta soli

1 op. cukru wanilinowego

3 łyżki whisky (najlepiej bourbon)

150g gorzkiej czekolady, dosyć grubo posiekanej

Przygotowanie:

1. Przygotować kruche ciasto. Do miski wrzucić mąkę, cukier, sól, i masło. Pokroić masło używając siekacza do kruchego ciasta lub zwykłego noża, po czym zacząć zagniatać ciasto rękoma. W trakcie dolewać po odrobinie zimnego masła i dalej zagniatać. Powtórzyć czynność parę razy, uformować kulę, zawinąć w folię lub włożyć do małej torebki foliowej i włożyć do lodówki na 30 minut.

2. Podpiec orzechy. Nagrzać piekarnik do 200oC. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia, po czym wysypać na nią orzechy. Podpiekać w piekarniku ok 7-10 minut, otwierając piekarnik co 2-3 minuty i mieszając orzechy. Wyjąc z piekarnika i ostudzić. 3/4 szklanki pekanów posiekać, resztę odłożyć na bok. Nie pomijajcie tego etapu! Podprażone orzechy smakują sto razy lepiej, robią się chrupiące, co, między innymi, nadaje wyrazistości całemu deserowi.

3. Przygotować nadzienie. W misce rozbić jajka, dodać cukry, masło, sól, i zloty syrop lub *kukurydziany (używany w USA, robiony w trochę inny sposób, ale bardzo dobry zamiennik). Wszystko dokładnie wymieszać, można użyć do tego trzepaczki. Dorzucić posiekaną część pekanów i odstawić na bok.

4. Wyrolować spód i przygotować tartę. Na stole opruszonym mąką wyrolować na płasko schłodzone ciasto po czym wyłożyć nim blaszkę do pieczenia tart. W spodzie zrobić parę dziurek widelcem, po czym wysypać na niego posiekaną czekoladę. Delikatnie zalać przygotowaną masą. Na wierzch poukładać resztę orzechów pekan.

5. Piec w piekarniku nagrzanym do 160oC przez 30 minut. Następnie na chwilę wyjąć ciasto z piekarnika i luźno przykryć brzegi folią aluminiową (to sprawi, że się za mocno nie spieką). Piec przez kolejne 30 minut. Wyjąć i wystudzić. Podawać w temperaturze pokojowej lub jeszcze delikatnie ciepłe.

Smacznego!

K. & Bakesaurus

P.S. Jeśli martwicie się i wzbraniacie się przed kupowaniem złotego syropu (online lub w Warszawskim Marks&Spencer), ponieważ jest dosyć drogi, nie martwcie się. Przy słodko-słonym brownie tez jest potrzebny! A także przy cupcakes, które już niedługo pojawią się na blogu. Nic w przyrodzie się nie zmarnuje! Co do pekanów, to możecie je zamienić na orzechy włoskie, jednak ciasto może wyjść troszeczkę gorzkawe. Migdały też są ok, ale ciasto wychodzi wtedy trochę mdłe, nie ma już w nim "tego czegoś"!

Jesień. Kiedyś bardzo nielubiana przeze mnie pora roku, teraz jestem w niej wręcz zakochana. Odkąd powróciłam do mojego rodzinnego miasta na wschodzie Polski, nie mogę się nadziwić jak pięknie wyglądają tu wszystkie dróżki otulone pomarańczowo-bordowymi liśćmi, jak cudownie jest przejść sie obok ogródków działkowych gdzie ludzie zrywają dorodne jabłka, czy nawet jak fajnie jest móc pójść do sklepu i wybrać sobie nową czapkę z pomponem... bo zimno, tak? To wszystko sprawia, że chłód jest mi niestraszny i jeśli dorzucić do tego dwa (no, może 3...) duże kawałki szarlotki to jestem w niebie.

Długo zastanawialiśmy się z Bakesaurusem jaki przepis powinien pojawic sie na blogu jako pierwszy. Jako, że oboje jesteśmy fanami wykorzystywania tego, co jest w lodówce (lubimy być kreatywni i tworzyć coś z niczego!) bądź tego, czym obdarowali nas nasi przyjaciele, postanowiliśmy wykorzystać przepyszne jesienne jabłka od przyszłych teściów mojej przyjaciółki.

Tak więc dziś każdy z was kupuje kostkę masła, trochę mąki i jajek i tyle jabłek na ile ma ochotę. Ale nie ukrywajmy, im wiecej tym lepiej! Cynamon pewnie już macie w szufladzie, cukier wanilinowy do doprawienia pewnie też. Nic więcej nie potrzeba! No, może tak z wolną godzinkę. A przy pomocy kogoś znajomego to i nawet mniej. Dla mnie i Bakesaurusa zajęło to ok. 50 minut.

Tradycyjna szarlotka w kratkę

6-8 porcji

(blacha do tarty 24-26cm)

Składniki:

Kruchy spód:

300g mąki

200g zimnego masła

70g cukru pudru

2 żółtka (zimne, najlepiej prosto z lodówki)

szczypta soli

2 łyżki bardzo zimnej wody

Nadzienie:

10-12 dużych jabłek (najlepiej kwaskowatych)

2 łyżeczki cynamonu

1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej

1/2 łyżeczki mielonego imbiru

1 op. cukru wanilinowego

1 cytryna

Przygotowanie:

1. Zagnieść kruchy spód. Do miski włożyć wszystkie składniki, posiekać przez chwilę nożem lub siekaczem do kruchego ciasta, po czym szybko zagnieść. Uformować kulę, zawinąć w folię lub włożyć do małej torebeczki foliowej i umieścić w lodówce na ok. 30 minut.

2. Przygotować jabłka. Obrać, wykroić nasionka i pokroić na równe plasterki. Najlepiej najpierw przekroić na cztery części, a potem każdą wziąć w dłoń i kroić w plasterki. Wrzucić do garnka o grubym dnie, dosypać przypraw i cukru. Polać sokiem wyciśniętym z cytryny. Prażyć jabłka przez ok. 15-20 minut (zależy od gatunku jabłek), mieszając od czasu do czasu. Mniej więcej do momentu, aż widocznie zmniejszą swoją objętość, ale będa jeszcze delikatnie twarde. Rozmiękną w piekarniku!*

3. Nagrzać piekarnik do 180oC. Podzielić kruche ciasto na 3 równe części. Odłożyć 1 część, z pozostałych dwóch wyrolować na gładko spód na tyle duży, aby po wyłożeniu nim blaszki do tarty wystawało ok 2-3 centymetrów poza nią. Odstawić na chwilę na bok i przygotować paski do kratki. Wyrolować pozostałą część ciasta i nożykiem do pizzy (bądź zwykłym) ciąć paseczki o szerokości ok. 1,5-2 cm. Przełożyć masę jabłkową do formy i przykryć paseczkami tak jak w poniższym tutorialu (należy kliknąć w pierwsze zdjęcie!).

od Butter Baking

4. Piec przez ok 50-60 minut, aż paseczki będa wyraźnie zarumienione. Nie martwcie się, boki szarlotki będą dosyć brązowe, ale tak ma być!

Smacznego!

K. & Bakesaurus

*Dlaczego należy prażyć jabłka przed pieczeniem? Proste. Gdy praży się jabłka, powoli puszczają sok i zmniejszają swoją objętość. W zależności od gatunku, tego soku jest więcej lub mniej. Niemniej jednak, jeśli nie uprażymy ich przed pieczeniem a wrzucimy je od razu na spód, puszczą one sok w piekarniku. Nie dość, że nasączą kruche ciasto, które przestanie być kruche a raczej mokre, to dodatkowo szarlotka opadnie. Kratka na wierzchu może się brzydko pokruszyć, a jeśli robimy szarlotkę z kruszonką, mogą porobić się widoczne dziury i prześwity.

Dinozaury to takie fascynujące stworzenia. Mięsożerne i roślinożerne, małe i duże, z długą szyją lub z za małymi rączkami... Nie sposób ich nie lubić! Odkąd film „Jurassic Park” ujrzał światło dzienne, a dokładniej od kiedy rodzice pozwolili mi go obejrzeć w wieku 7 lat, zamarzyłam o posiadaniu własnego dinozaura. I nikt nie potrafił mi wytłumaczyć, że dinozaurów już chyba na naszej kuli ziemskiej nie będzie...

ifhistoryrepeatsitself

„Jeśli historia się powtórzy, na pewno zafunduję sobie dinozaura!”

od Asalucander

I teraz zapanuje zdziwienie na oczach całego świata. Mam dinozaura. I to takiego, który w dodatku PIECZE!

To jest mój dinozaur. Na imię ma Bakesaurus, a tak naprawdę jest Velociraptorkiem. Potrafi rolować kruche spody, ubijać mikserem pianę na bezę, dekorować babeczki, a nawet przekładać kremem torty! Po tym, jak pokazał mi swoje umiejętności w kuchni po prostu musiałam go wszystkim przedstawić! Mam nadzieję, że, tak jak i mnie, oczarują was jego wypieki... i niech nie zwodzą was jego pazurki! Velociraptorki to bardzo zwinne stworzenia!

K.